''Wiem jaki to jest wysiłek dla ludzi, aby przyjść na mecz i wydać 30 zł, 15 zł, czy nawet mniej''

Robert Tomaszek, polski koszykarz, który wychował się w Niemczech, a koszykarskie szlify zdobywał w Stanach Zjednoczonych. Dziś koszykarz Energi Czarnych Słupsk. Ulubieniec kibiców, po niedzielnym spotkaniu zaintrygował mnie. Dawno nie słyszałem tak mądrej i trochę wzruszającej wypowiedzi z ust polskiego sportowca.



Michał Żurawski, dziennikarz portalu SportoweFakty.pl zapytał Roberta, skąd u niego bierze się wola walki i dlaczego tak szybko zdobywa sobie sympatię kibiców.

- Pochodzę z takiej rodziny, która wszystko szanuje. Wiem jaki to jest wysiłek dla ludzi, którzy dużo nie zarabiają, aby przyjść na mecz i wydać 30 zł, 15 zł, czy nawet mniej. Dlatego zawsze daję z siebie wszystko. Nawet jak czasem mi nie wychodzi, to walczę do końca, aby udowodnić im, że było warto przyjść i mieć poczucie, że nie zmarnowałem ich czasu, a przede wszystkim pieniędzy.

Wow, zamurowało mnie. Często kiedy robię wywiady ze sportowcami, wraz z zadaniem pytania, generalnie wiem jakiej odpowiedzi się spodziewać - niestety. Choć, jak widać, zdarzają się wyjątki.

Osoba Roberta Tomaszka i jego historie, to świetny materiał na książkę. Ponad rok temu udzielił bardzo ciekawego wywiadu Grzegorzowi Bereziukowi ze Zgorzelca.

- Miałem pięć i pół roku, gdy rodzice postanowili rzucić wszystko w Bydgoszczy. To były czasy komuny. Było nas czterech i ledwo wystarczało nam na jedzenie. Dwójka starszych braci musiała pilnować dwóch młodszych, a rodzice ciężko pracowali od rana do wieczora. Pewnego razu postanowili spakować walizki i wyjechać do Niemiec z nadzieją poprawienia warunków życia. Zatrzymaliśmy się w Bremie, a następnie skierowano nas do Bremerhaven. Mieszkaliśmy w hotelu. Mama nas pilnowała, tata starał się o pracę, a także dawał mi i braciom kartki z tekstami w języku polskim i niemieckim. Gdy nauczyliśmy się wszystkich słów, a było ich ponad 30, mieliśmy sprawdzian. Gdy zdaliśmy, mogliśmy iść na plac zabaw - to była nagroda. Zacząłem chodzić do szkoły, uczyłem się języka. Powoli oswajałem się w nowych realiach i poznawałem ludzi.

Robert w życiu postawił na koszykówkę. W tym celu postanowił wyjechać do Stanów Zjednoczonych, aby w pełni przygotować się do profesjonalnej kariery. Sam mówi, że gdyby nie kontuzja mógł otrzeć się nawet o NBA. Dziś, kiedy gra w Słupsku, a wcześniej był zawodnikiem PBG Basket Poznań, czy Turowa Zgorzelec, możecie się z tego śmiać. Roberta zdążyłem trochę jednak poznać i wiem, że nie kłamię. Skoro tak mówi, musiało tak być.

O swoich latach spędzonych w Stanach Zjednoczonych mówi tak:

- Każdy dzień uczył mnie czegoś nowego. Zanim jednak wyjechałem do USA, zacząłem grać w miejscowej drużynie. Bardzo wiele zawdzięczam ówczesnemu prezesowi klubu Wolfgangowi Gruberowi. Obecnie wciąż jest sponsorem tego zespołu. Bardzo mi pomógł. Dzięki niemu zacząłem grać, a także wyjechałem do Ameryki. Rzuciłem naukę związaną z architekturą... W Colorado grałem w Aspen High School. Po trzech miesiącach potrafiłem już mówić i pisać po angielsku. Później grałem w Wyoming oraz Texas Tech. Zwłaszcza gra w ostatnim z wymienionych klubów była dla mnie wielkim przeżyciem. Najpierw sam z pilotem leciałem samolotem, a następnie trenowałem pod okiem Bobbiego Knighta. To on zrobił ze mnie zawodnika, jakim jestem dziś. Treningi, które często zaczynały się wcześnie rano, były bardzo ciężkie. Nie mogłem wchodzić po schodach, a nierzadko zasypiałem w ubraniach. Mimo to, chciałbym to przeżyć jeszcze raz.

Kiedy przychodził do Słupska trochę obawiał się jak przyjmą go lokalni kibice. Miał bowiem wrażenie, że go nie lubią, bo jak przyjeżdżał z drużynami przeciwnymi często na niego gwizdali. Z marszu stał się jednak ulubieńcem słupskich kibiców i zdaje się jedynym jak na razie zawodnikiem, którego imię i nazwisko było skandowane przez fanów w tym sezonie. Od kilku sezonów słupski klub praktykuje spotkania kibiców z zawodnikami po meczach. W minioną niedzielę po zwycięstwie nad Treflem Sopot przez bite trzy godziny Tomaszek rozmawiał ze wszystkimi kibicami. Chyba każdy, który tamtego wieczoru był w słupskiej kręgielni zamienił dwa zdania z byłym reprezentantem Polski. Sami fani byli zdziwieni, gdyż byli przyzwyczajeni do spotkań z poprzednich lat, kiedy koszykarze przychodzili, jedli i wychodzili.

W drużynie prowadzonej przez Mariusa Linartasa jest mentalnym liderem. To on zagrzewa do walki, kiedy trzeba zdrowo krytykuje, natomiast w przypadku porażki potrafi wziąć winę na siebie - prawdziwy kapitan. No, były. Po meczu z Turowem Zgorzelec ostro skrytykował swoich kolegów z zespołu zaznaczając, że ci nie dają z siebie wszystkiego. Kibice i opinia publiczna podzieliła opinię Tomaszka, ale nie klub, który zdecydował się odebrać mu opaskę kapitana. Choć w przypadku Roberta nie ma to większego znaczenia, bo jak sam podkreśla. - [i]Opaska to tylko emblemat, w każdej drużynie czuję się jak kapitan.

Coś czuje, że to nieostatni tekst o Robercie Tomaszku.

Pozdrawiam,

Paweł
Trwa ładowanie komentarzy...